Slideshow

Aby zobaczyć wybrane zdjęcia z pokazów prosimy o chwilę cierpliwości...

Wyjazd Klubu Nomadów oczami uczestników


Już tydzień minął, kiedy pożegnaliśmy wszystkich uczestników zjazdu Klubu Nomadów w Podlesicach. Dla nas minione wydarzenia są nadal żywe. Między innymi dlatego, że powoli docierają do nas relacje rodziców, którzy brali udział w tym nietypowym spotkaniu za co serdecznie dziękujemy i z czego bardzo się cieszymy. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak było - przeczytajcie sami. Dziś mamy dwie relacje. Pierwsza to opis na autorskim blogu Morganproject prowadzonym przez Asię, mamę Tymka do przeczytania: TUTAJ



A drugi rarytas to obszerna barwnie i emocjonalnie napisana relacja Wioli z doskonale oddającymi klimat wyjazdu zdjęciami Kuby, są oni rodzicami Oli i Julii - zapraszamy!



Wypad w Jurę Krakowsko-Częstochowską miał spełnić jeden podstawowy warunek. To miał być udany czas dla naszej rodziny.
Obawialiśmy się jedynie pogody. Informacje meteo z trzech niezależnych źródeł potęgowały niepokój wykazując dwubiegunowe sprzeczności. Za oknem lało jak ze strażackiej sikawki, a my z każdym kolejnym grzmotem traciliśmy pewność co do słuszności podjętej kilka tygodni temu decyzji.
Patrząc na piętrzące się w przedpokoju masywy bagaży, na chybcika zrobione zakupy i na nasze rozbiegane córeczki upychające do plecaka „niezwykle ważne i konieczne coś i coś jeszcze” postanowiliśmy wybłagać litość u Matki Natury. W ofierze złożyliśmy na balkonie 3 worki posegregowanych śmieci (nikomu z nas w taką pogodę nie chciało się ich wynosić) i pełni mieszanych uczuć zasnęliśmy nastawiwszy budzik na nieludzko wczesną godzinę 5:00.  Ta noc należała do wyjątkowo spokojnych. Żadnych koszmarków, tupotu bosych stopek ani zagubionych w zwojach pościeli przytulaków. Tylko dlaczego była taka krótka?!
Wczesną pobudkę wynagrodziła nam cudowna pogoda i nadzwyczajnie pozytywna o tej porze energia naszych córeczek. Pożegnaliśmy Klaksona i Eugeniusza – zamieszkałe z nami ślimaki winniczki i wyruszyliśmy w drogę.

Zwiastun dobrej pogody
Samochód to cudowny wynalazek. Około godziny 10:00 ujrzeliśmy napis PODLESICE, odnaleźliśmy Zajazd Jurajski i rozlaną, zieloną plamę pola namiotowego. Nad podkową namiotów przypominającą żółwiową familię zgromadzoną na leniwą drzemkę, żwawo łopotał proporzec Nomadów. (Owa żwawość przeszła w smętny zwis w godzinach popołudniowego upału :) Przywitaliśmy się z dawno niewidzianymi znajomymi i znajomymi naszych znajomych, jak również z tymi, z którymi rozstaliśmy się w piątkowe popołudnie, zaraz po wybiciu fajrantu. Dzieciaki w ilości i rozmiarze ziemniaczanej stonki, pachnące mlekiem i poziomkami baraszkowały sobie beztrosko zbierając na odzieży wierzchniej kolekcję plam, kleksów i dziur rozmaitych rozmiarów będących bezdyskusyjnymi dowodami ich szczęśliwości.
Mały rekonesans pozwolił nam ocenić warunki na 5 z plusem. Zaplecze sanitarne o przyzwoitym standardzie, jakość kuchni w stosunku do ceny (17,00 pełny obiad) spełniała wymagania nawet średnio wybrednych, zacieniony plac zabaw zachęcał do bezpiecznych psot. Zielono, pachnąco, sielsko, anielsko…
Nieśmiało przytuliliśmy więc nasz leciwy wigwam do namiotu wyższego w kłębie i lepszej klasy. Prezentował się skromnie, ale dostojnie.


Naszymi sąsiadami okazała się sympatyczna para (prawie Merida Waleczna i prawie Człowiek Pająk) - rodzice najpiękniej śmiejącego się szkraba ze ściśle chronionego gatunku niepoprawnych optymistów. Z wysokości niecałego metra raz za razem rozlegał się zadziwiająco  niskich tonów chłopięcy rechot. Wyraźnym powodem do radości było po prostu życie, więc śmialiśmy się często.

Tymon optymista

W związku z różnorodnością pomysłów na spędzanie wolnego czasu jaką dostarczają okolice, postanowiliśmy po trosze zakosztować jak największej ilości atrakcji, ale w taki sposób, aby cała nasza czwórka miała z tego same miłe wspomnienia. Podlesice to szczególnie świetne miejsce na  skalne wspinaczki. O tej pasjonującej aktywności sportowej nie mamy pojęcia, ale wśród nas byli mistrzowie.

Tomek na skałce

Tymek na skałce
(Jaki ojciec - taki syn!)

Jeden za wszystkich! Wszyscy za jednym!
 
Ponadto można tu zażywać: rowerowych wycieczek, konnej jazdy, biegów narciarskich, górskich wędrówek szlakami dydaktycznymi lub z lubością oddać się nicnierobieniu. 

Widoki zapierały dech w piersiach

Zaczęliśmy od najmniej skomplikowanej aktywności. Pokaźną grupką wyruszyliśmy na szlak wiodący na szczyt Góry Zborów. Nasz „własnotemp” i przekonanie  3-letniej Julki, że nosidełko jest złem wcielonym sprawiły, że po chwili już nie byliśmy grupką, ale meandrującym jej odłamem. W tym miejscu pięknie dziękujemy Sebastianowi i Ani – założycielom portalu www.dzieciakiwplecaki.pl za bezinteresowną fatygę. Wspinając się leśnymi ścieżkami  to tu to tam zbieraliśmy poziomki i nawlekaliśmy je na trawiaste, cieniutkie łodyżki. 

Poziomkowa kolekcja

Przemieszczanie się to tu to tam było konieczne ze względu na atakujące komarze hordy. O dziwo okazało się, że te krwawe bestie więcej szkody są w stanie wyrządzić na urysnowskim placu zabaw niż w leśnych ostępach. Od czasu do czasu rejestrowaliśmy wzrokiem Nomadów sterczących na czubku kolejnej skałki i unoszących ręce w zwycięskim geście. Z nieba lał się żar. Wspólnie z kilkoma rodzinami skryliśmy się w lesie i po krótkim, zagrożonym komarzą bąblowicą popasie na jagodowym poletku, wyruszyliśmy czarnym szlakiem do Jaskini Głębokiej. Tam pocałowaliśmy drzwi w zamkniętą klamkę i powędrowaliśmy drogą powrotną w kierunku namiotów. 

 
Szlakiem czarnym
 
Jaskinia zamknięta.

Melaka głęboko rozczarowana.
Marzyliśmy o chłodnych falach cierpliwie  oblewających obolałe stopy, lekki fetorek unoszący się w otoczeniu skutecznie zniechęcał (a może zachęcał?) znienawidzone owady, nasza 6-letnia Ola widząc niesioną na rękach siostrę skarżyła się na brak sprawiedliwości – wszyscy czuliśmy się już zmęczeni.
Kilka kilometrów od obozowiska czekała na wszystkich niespodzianka. Ostatkiem sił posadziliśmy nasze płaszczyzny wychowawcze w samochodach i pojechaliśmy do Kostkowic nad lokalne kąpielisko!  Zmęczenie przeszło nam w oka mgnieniu. Każde kolejne nomadzkie zwłoki zanurzając się w jeziorze podnosiły temperaturę wody o kilka stopni. Młodsze dzieciaki brzechtały się jak kaczorki na łagodnie schodzącej do jeziorka plaży, starsze zażywały błotnych kąpieli lub uczepione ojcowskich pleców brały udział w wyścigach wodnych potworów. Ola łowiła do kubeczka mikro rybki.

Wodne szaleństwa
Ola, Max i mikro rybki

Nimfa Błotna

Pomrukiwanie małych brzuszków i basowe burczenie w naszych wnętrznościach przypomniały nam o czynności wprowadzania do organizmu, czegokolwiek co ma zapewnić mu odpowiednie substancje do działania i odbudowy. W tym celu udaliśmy się do Michałowej Karczmy. Niewiasty obdarowane genem wybrzydzania, za namową mężczyzn zrezygnowały z fonetycznych „cacyków” na rzecz swojsko brzmiących: ziemniaków z wody, kotletów i pstrąga. Na stół wjechały… kulkowe frytki, mięcho wielkości rękawicy bokserskiej i rekin w ziołowych paprochach….aż niebo popłakało się z „radości.” Z całej uczty polecamy zimne piwko, surówkę z marchewki, mizerię i rosół o smaku pomidorowej :-)
Zregenerowani pojechaliśmy zobaczyć zamek Mirów, malowniczo otoczony skałkowymi purchawami. Opowieści o dzielnych rycerzach, nadobnych księżniczkach i zielono-pomarańczowych smokach towarzyszyły nam podczas spacerów.


Mirów
Aby sprawdzić ile prawdy kryją mrożące krew w żyłach legendy o białej damie, podziemnych skarbach i nieszczęśliwie zakochanej królewnie wyruszyliśmy na bliźniaczy zamek Bobolice. http://www.zamekbobolice.pl Zielone przestrzenie i piękne widoki nastrajały nostalgicznie. W tym czasie miłośnicy przygód razem z Anią, Sebastianem i refleksyjną Amelką przeczesywali bajkowe ostańce między zamkami w poszukiwaniu skarbów.

Bobolice

Bobolice
Zaczynało się ściemniać.


Na polu namiotowym pełną parą trwały przygotowania do ALKO-BIEG-u.

Przygotowanie do ALKOBIEGU
Tym razem zabawa skierowana była wyłącznie do pełnoletnich zawodników. Uczestników dzierżących w dłoniach kompasy i uzbrojonych w czołówki, obdarowano unikatowymi mapami. Na trasie około 3 km należało jak najszybciej odnaleźć 4 miejsca skrzętnie ukrytej Gorzkiej Żołądkowej. Było o co walczyć. Zwycięzca zgarniał całą pulę! W czasowych odstępach startowali kolejno zgłoszeni zawodnicy. Emocje rosły, ale jak okiem sięgnąć ani widu ani słychu naszych biegaczy. Oj, albo się pogubili, albo…. poczęstowali. Gdzieś w oddali słaniając się na nogach zamajaczyła pierwsza postać. Tomasz Zwycięzca! Po niedługim czasie wszyscy wrócili o własnych siłach, zziajani, ale i roześmiani. Niskie ukłony dla płci najpiękniejszej! Byliśmy dumni, a co niektórzy nawet zawstydzeni.

W czasie ALKO-BIEG-u część ekipy usiłowała doprowadzić do względnej czystości najmłodszych biwakowiczów. Od strony łazienek dochodził śpiew Basi próbującej wyciszyć wysokiej częstotliwości protesty Malaki, którym wtórowało chłopięce zawodzenie Tymka. Za ścianą - Paweł (kolejny ojciec samotnie biwakujący z synem) w trosce o to, by Karol mający słabość do starszych kobiet nie zniknął z pola widzenia i nie uwiódł jakiejś nieletniej białogłowy – mył się w tempie tornada, zasapawszy się bardziej, niż podczas górskich wędrówek.  

Karol i Julia
Jeszcze tylko kolacja i większość zmęczonych dzieciaków natychmiast zapadła w krzepki sen. Najwytrwalsze pociechy zasmakowawszy kiełbaski z ogniska z własnej, nieprzymuszonej woli odwróciły się na pięcie w kierunku namiotów pozostawiając przy płonącym stosiku osłupiałych rodziców.    
Na polanie z godnością pojawił się Żubr i jego towarzysze. Polało się bursztynowe piwko, Daniel z wirtuozerią szarpał struny gitary. Bez trudu odgrzebywaliśmy w pamięci słowa nieśmiertelnych szlagierów: Dżemu, Iry, Kazika, T.Love, Big Cyca. Tyle lat, tyle wspomnień…. 

Slajdowisko
Sebastian barwnie zachęcał do odwiedzin mniej znanych miejsc w Polsce, a Łukasz niemalże upił nas opowieścią o Toskanii. Ciekawostki w stylu, że najlepsze włoskie żarcie jest na… Manhattanie, a w Pizzie można odnaleźć drugą krzywą wieżę oraz o tym, jak łatwo i skutecznie ubzdryngolić żonę na winnych degustacjach rozbawiły nas serdecznie. Krótko mówiąc slajdowisko przyprawione anegdotami o rozmiłowanych w Bachu winnicach, najpyszniejszych lodach na świecie, świetnej kondycji włoskich campingów prowadzonych przez holenderskich (!) właścicieli było miłym zakończeniem pierwszego dnia w Jurze. 




Co było dnia następnego - a działo się sporo (m.in olimpiada dla dzieciaków)być może wkrótce. Jeśli macie jeszcze jakieś zdjęcia, opisy czy spostrzeżenia zapraszamy do podzielenia się, piszcie na klubnomadow@gmail.com

Brak komentarzy: